Święty Albert Chmielowski w oczach współczesnego Mu franciszkaninaSłowo od wydawcyNie można powiedzieć, aby postać kanonizowanego 12 listopada 1989 r. przez Ojca Świętego Jana Pawła II Alberta Adama Chmielowskiego nie cieszyła dużą popularnością. Jej wyrazem jest m.in. bardzo bogata literatura o Nim, dorównująca chyba tej, którą poświęcono osobie Męczennika Oświęcimia św. Maksymiliana Marii Kolbego. Miło nam stwierdzić, że Ci dwaj święci polscy kanonizowani jako pierwsi w II Tysiącleciu Chrześcijaństwa na naszych ziemiach są synami św. Franciszka z Asyżu. O ile jednak franciszkanizm w życiu św. Maksymiliana został dość wyraźnie podkreślony, to w odniesieniu do św. Alberta pozostawał dotąd jakby na dalszym planie zainteresowania historyków, franciszkańskich w szczególności. Trudno w tym miejscu głębiej zastanawiać nad przyczynami tego stanu rzeczy. Uczyni to przyszły badacz przeszłości. Zanim to nastąpi, warto przypomnieć, że postać Brata Alberta, tercjarza franciszkańskiego od momentu jego pojawienia się w Krakowie spotkała się z jednej strony z pewną rezerwą zakonów franciszkańskich od dawna tu działających. Wydaje się ona zresztą zrozumiałą w kontekście ruchów reformistycznych w tej rodzinie zakonów, gdzie niemal każda z reform dystansowała się wobec swej poprzedniczki. Z drugiej strony należy pamiętać, że ta rezerwa, być może zbyt silnie zaakcentowana w dotychczasowych skromnych badaniach, nie prze-szkodziła pojedynczym zakonnikom franciszkańskim pośpieszyć z pomocą św. Albertowi w początkach jego pracy na rzecz najbiedniejszych miasta Krakowa. Pragnę tutaj przypomnieć zapoznany tekst o. Czesława Bogdalskiego, franciszkanina (bernardyna). Jest on bowiem cenną relacją naocznego świadka życia św. Alberta spisaną i opublikowaną zaraz po jego śmierci. Jej autora nasz święty znał i cenił mimo, że krytycznie ocenił jego „Przewodnik (większy) do Reguły III Zakonu św. Franciszka Serafickiego” (Kraków 1888). To daje nam dodatkowa rękojmię obiektywności świadka. Wspomniana relacja zaprzecza, przynajmniej w pewnym stopniu, tezie o całkowitym braku zainteresowania polskich franciszkanów współpracą ze św. Biedaczyną z Krakowa, jak powszechnie nazywano Brata Alberta już za życia. Opublikowaniem zaś tego świadectwa redakcja oraz niżej podpisany pragną też zanegować innemu stereotypowi, iż współcześni polscy synowie św. Franciszka z I Zakonu zbyt mało angażują się w propagowanie czci św. Alberta, zapominając jakby o jego przynależności do wielkiej rodziny franciszkańskiej. Przygotowując ów tekst do druku na tych łamach niżej podpisany wprowadził do jednolitego zapisu autorskiego podtytuły ułatwiające jego lekturę. O. Anzelm Szteinke O.F.M. 1. Sylwetka Br. Alberta Założyciela Braci i Sióstr Posługujących Ubogim Początki Zgromadzeń Braci III Zakonu i Sióstr Posługujących są tak mało znane społeczeństwu naszemu, że postanowiłem skreślić sylwetkę Założyciela i genezę powstania tego młodego zrzeszenia, które mimo swego niedługiego bytu okazało się jednak bardzo użytecznym. Do tego postanowienia skłonił mnie także i ten już osobiście mnie dotyczący powód, że z Założycielem pozostawałem w stosunkach bliskich, o Jego zamiarach byłem przez Niego samego informowany, patrzyłem na narodziny tego nowego tercjarskiego grona, a nawet do pewnego stopnia – choć zastrzegam się, że w bardzo drobniuchnej mierze – byłem w tym czynny. Właściwe miano tego zgromadzenia jest: Bracia (względnie Siostry) III Zakonu Posługujący Ubogim, przyjęła się jednak u nas powszechnie nazwa: Bracia Albertyni i Siostry Albertynki, wzięta z imienia ich Założyciela i brata w III Zakonie: Alberta, którego prawdziwe nazwisko rodzinne było: Adam Chmielowski. Urodził się w r. 1846. Z domu rodzicielskiego wyniósł poczciwe tradycje rodzinne i co najważniejsze: silnie ugruntowana wiarę. Już w Puławach, gdzie do szkół uczęszczał, odznaczał się wśród swych rówieśników jako zdecydowany katolik. Narażało Go to nieraz na szydercze przytyki kolegów, lecz nie nadwątliło w Nim zasad wyniesionych z domu. Siedemnastoletnim był młodzieńcem, gdy wybuchło Powstanie 1863 r. Na pierwszy jego odgłos pospieszył w szeregi, bo jak słusznie powiedziano o Nim „po Bogu – miłował nade wszystko Polskę”. Brał udział w paru potyczkach, aż wreszcie pod Trojaczyną pękł pod Jego koniem granat, a odłam tegoż zgruchotał Mu aż po kolano i urwał mu jeden palec u prawej ręki. Powstańcy unieśli Go z pola bitwy do pobliskiego dworu, wkrótce jednak po bitwie wpadli tam Moskale i ciężko rannego, prawie dogorywającego powlekli do odległego szpitala. Ze szpitala, gdzie Mu odjęto zdruzgotaną nogę, choć jeszcze daleko mu było do wyzdrowienia, udało się rodzinie Go wykraść i wywieźć za granicę. Dopiero za granicą wyleczonym został zupełnie i wtedy ten dzielny młodzieniec o jednej nodze a drugiej protezie mógł pomyśleć o swej przyszłości. Na razie pociągały Go najbardziej studia techniczne, więc wstąpił na politechnikę do Gandawy. Wkrótce jednak przejawiła się w Nim drzemiąca od dawna żyłka artystyczna, obudziło się w Nim żywiołowe zamiłowanie i popęd do malarstwa, porzucił więc Gandawę i przeniósł się do Monachium, gdzie z całym zapałem oddał się sztuce. Nie tu miejsce, a zresztą nie jest to w moim zakresie, abym wypowiadał swe zdanie o Jego pracach malarskich. Pokrótce więc tylko powtórzę to, co o Nim fachowe wypowiedziało pióro: „Adam Chmielowski po odbyciu studiów w Monachium powrócił do Warszawy, gdzie liczne Jego obrazy kompozycyjne zwróciły uwagę krytyki, jako dzieła niepospolitego talentu. Wysokie napięcie uczuciowe i zdolności umysłowe sprawiły, że Chmielowski w pracach swoich okazywał skłonność największą do obrazów alegorycznych, zwłaszcza religijnych”. Zdanie to okazało się najzupełniej trafnym, bo jak się bowiem okazało później, Adam Chmielowski był to najbardziej religijny malarz czasów ostatnich i w zakresie sztuki religijnej żaden ze współczesnych artystów Go nie prześcignął. Stała przed Nim otwarta wielka i zasłużona sława, miał już wyrobioną powagę i uznanie wśród nie bardzo zgodnej artystycznej rzeszy, a jednak w latach osiemdziesiątych, gdzieś około 1886 r. porzucił najniespodziewaniej ten z Bożej łaski artysta… pędzel i paletę, by już nigdy do nich nie wrócić. Gdy Go później razu pewnego starałem się nakłonić, by powrócił do umiłowanej sztuki, odpowiedział mi z prostotą: „trudno mi dziś i wprost niepodobna mi teraz zmuszać się do malowania, gdy się Pan Bóg czego innego ode mnie domaga.” Więc czegóż od Niego domagał się Pan Bóg? Dowiemy się o tym zaraz, lecz wprzód muszę Go dać wam poznać jeszcze jako człowieka wewnętrznego. Muszę tu do pomocy wezwać moje wspomnienia osobiste. Owoż – Brata Alberta poznałem w 1887 r., gdy mieszkał w maluczkiej celi u OO. Kapucynów w Krakowie. Należał już wówczas do III Zakonu świec-kiego, ubierał się zawsze skromnie. Pewnego dnia odwiedził mnie pierwszy w krakowskim naszym klasztorze OO. Bernardynów, dokąd mnie po dwuletniej przerwie zwrócili moi przełożeni, abym ujął w rękę redakcję tercjarskiego pisemka „Dzwonek III Zakonu”, który właśnie przed dwoma laty założyłem. Chciał mię poznać i dowiedzieć się, jakim duchu zamierzam prowadzić pisemko. Rozumie się, że rozmowa zeszła od razu na sprawy tercjarskie. Już wtedy miałem sposobność wniknąć nieco, a później jeszcze więcej, w głębie tego niepospolitego człowieka, którego nawet zewnętrzna powierzchowność była niecodzienna. Wysoki, silnie zbudowany, miał rysy twarzy wzięte z jakiegoś starego obrazu. Krótko przystrzyżona broda i wąsy, zdawały się dodawać Mu nieco surowości, lecz wrażenie to znikało natychmiast, gdyś spojrzał w oczy Jego spokojne, łagodne i jak niebo błękitne. Zachowanie się Jego było wprost zniewalające, pełne przedziwnej słodyczy i ujmującej prostoty. Mimo wysokiego wykształcenia, kultury i zdobytych wiadomości, zwiedził bowiem Niemcy, Belgię, Francję i Włochy, był szczerze pokornym, nie dla ludzkiego oka, jak to czyni wielu, lecz pokornym ze względu na Boga, swego Pana i Stwórcy. Serce miał złote i dlatego wszelkie rodzaje ludzkiej niedoli odczuwał z subtelnością przedziwną. Widok nędzy ludzkiej wzruszał Go, niemal wyprowadzał z równowagi. Wtedy by wszystko dał ze siebie, byle otrzeć łzę niedoli. Pod tym względem łączyło Go wielkie powinowactwo duchowe ze świętym Franciszkiem z Asyżu, który tak jaśniał heroicznym współczuciem dla ubogich i ubóstwa. Miał wielki dar spostrzegawczy, umiał ludzi oceniać trafnie, nawet dla lichych był dobrotliwy i wyrozumiały, a tylko na jawną obłudę i przewrotność unosił się świętym oburzeniem. Wtedy „wzrok Jego nabierał stalowych błysków, głos stawał się ostrym, a cała postać mimo Jego kalectwa groźną”. Takim przedstawiał mi się Brat Albert po bliższym poznaniu, a bywał u mnie dość często i miałem czas Go poznać. Było w Nim równocześnie coś z rysów dawnego rycerstwa, co to krwi nie żałowało dla ojczystej ziemi, boć przecie brał udział w powstaniu i okaleczał za Ojczyznę. Było w Nim dużo zapału i świętego natchnienia owych średniowiecznych malarzy – zakonników, co to w ciszy cel swoich, a wśród upojeń modlitwy stwarzali arcydzieła sztuki; lecz ponad wszystko stokroć więcej górowało w Nim pragnienie, by mógł być dobrym uczniem i naśladowcą Patriarchy Ubogich i stać się takim jak tamten przyjacielem i jałmużnikiem nędzarzy. Prócz tego swą niewzruszoną wiarą w Opatrzność Bożą, swym aż zdumiewającym optymizmem z jakim patrzał na świat i ludzi, wreszcie swym bogactwem uczuć i pięknych porywów odcinał się tak ostro od szarego tła codziennych ludzi, że mimo woli cisnęła się do głowy myśl: skąd się wziął taki człowiek w czasach dzisiejszych? Skąd się wziął? Oto takiego potrzebował właśnie Pan na czasy obecne. A na co potrzebował, zaraz zobaczymy. 2. Początki działalności Razu pewnego wybrałem się do Brata Alberta, bo mię dziwiło, że od dwóch, czy trzech tygodni nie zaglądnął do mnie. Nie mieszkał już w klasztorze kapucyńskim, lecz przy Basztowej nr 4. Zastałem w bardzo skromnie i ubogo urządzonym pomieszkaniu jakiegoś starca schorzałego i znękanego. Ledwie się powłóczył po pokoju. - Jest to Brat Grzegorz – rzekł do mnie Br. Albert – stary braciszek kapucyński z Królestwa, czterdzieści z górą lat przemęczył się na Sybirze zawleczony tam przez Moskali, wreszcie uzyskał amnestię i przywlókł się o proszonym chlebie do Krakowa, by poza furtą klasztorną spędzić resztki dni swoich. Niestety w klasztorze brakło miejsca, ja sam wyprowadzić się musiałem i dobrze się stało, bo przynajmniej mogłem temu biedakowi dać przytułek u siebie. A po chwili dodał z przemiłym uśmiechem: - To moja pierwsza zdobycz – ojcze! I zaraz urwał, jakby się zawstydził tego wyznania. Przyznam się, że znaczenia tych słów nie od razu się domyśliłem, lecz już wkrótce stały się jasnymi. Za moim drugim pobytem u Brata Alberta znalazłem już u Niego prócz Brata Grzegorza, jeszcze coś czterech czy pięciu współmieszkańców. Sami nędzarze, a niekoniecznie dobrze patrzało im z oczu. Byłem nieco zdziwiony tą niepoczesną gromadą. Spostrzegł to Brat Albert i odprowadzając mnie, gdy wychodziłem od Niego, rzekł: - To są pierwsi moi pupile. Nieszczególni – prawda? Lecz cóż miałem robić? Musiałem ich przygarnąć, bo to wszystko ludzie bezdomni, a zapowiedzianych już od dawna ogrzewalni miejskich dotąd nie urządzono. Co prawda, to mam nieco kłopotu z nimi. Nie bardzo są zgodni. Póki w domu, siedzą cicho, lecz gdy wyjdę, to zaraz wszczynają kłótnie. Już mi robił o to wyrzuty właściciel domu i wspomniał, że się lokatorzy o te hałasy żalą i że się nie czują bezpieczni przy takich sąsiadach. Muszę się za jakim innym dla nich i dla siebie oglądnąć mieszkaniem, bo przecie tych biedaków nie opuszczę. Chciałbym, widzi Ojciec, dokończył z uśmiechem, w praktyce okazać, że i tercjarz może być innym użyteczny. I rzeczywiście wkrótce to okazał. Rok 1888 można by nazwać epokowym w życiu Brata Alberta. W tym roku bowiem skrystalizowały się i w czyn zmieniły te piękne idee, jakie w duszy nosił. Przede wszystkim w ręce ówczesnego księcia biskupa krakowskiego Albina Dunajewskiego złożył śluby dozgonnej czystości. Chciał sobie w ten sposób zagrodzić raz na zawsze drogę do żeniaczki, o co Go rodzina niekiedy molestowała, liczył bowiem dopiero 42 lata życia, a przy życiu zawsze czystym i umiarkowanym, wyglądał znacznie młodszym. Za wiedzą też, przyzwoleniem i błogosławieństwem biskupim postanowił założyć zgromadzenie: Braci Tercjarzy Posługujących Ubogim. Toż samo za wiedzą i przyzwoleniem biskupim przywdział szary i ubogi habit przepasany powrozem i takież samo ubranie przeznaczył dla przyszłych współbraci swoich, którzy Mu zechcą być pomocni w zamierzonym dziele posługiwania ubogim. - Jak się to stać mogło, zapyta lub pomyśli niejeden, że ten świetny i wytworny artysta, widziany chętnie w wyższych sferach towarzyskich Krakowa, należący do zamożnej szlacheckiej rodziny, stał się dobrowolnie sługą najlichszych nędzarzy? Jakimi drogami prowadził Pan Bóg tego entuzjastę niezwykłego, który z kulturalnych wyżyn społecznych zszedł aż w samą otchłań ludzkich mętów i ostatniej mizerii? - Jak się to stało? Opowiedział mi o tym sam Brat Albert. 3. Miejskie ogrzewalnie pod opieką zgromadzeń albertyńskich Pewnego razu po raucie wieczornym w pałacu „pod Baranami” u hrabiny Adamowej Potockiej, wyszedł z hr. Wodzickim i jeszcze jednym z panów i zwrócili się w stronę plant. Po drodze rozmawiali o nowej ogrzewalni, którą miasto Kraków świeżo urządziło dla bezdomnych nędzarzy. Co do tej ogrzewalni kursowały już po mieście podzielone zdania. Jedni nazywali ją zakładem wysoce humanitarnym, a drudzy spelunką zepsucia. Jaką była w rzeczywistości ta ogrzewalnia, o tym wiedziało na pewno tylko tych bardzo niewielu, co ją zwiedzali. Aby zaś ją poznać należycie, trzeba ją było zwiedzać w nocy, gdyż w dzień stała pustką. Owoż tym trzem panom co wyszli „spod Baranów” wpadł pomysł do głowy – pójść i zobaczyć tę ogrzewalnie miejską. Było już po północy, gdy weszli do tego przytuliska nędzarzy. Wpuścił ich wprawdzie stróż miejski, będący dozorcą tej ogrzewalni, lecz nie od razu. Dopiero otrzymany napiwek uspokoił wahające się sumienie tego jegomościa. Gdy weszli do ogromnej sali, w której pokotem na ziemi leżeli obok siebie mężczyźni, kobiety, młodzieńcy i dziewczęta – uderzył ich przede wszystkim zaduch tak wstrętny, że aż im dech zaparło. Migotliwy błysk jedynej nocnej latarki tak mało dawał światła, że na razie niczego dojrzeć nie mogli. Dopiero gdy oko oswoiło się z tym półmrokiem, zobaczyli sceny jakby wyjęte żywcem z dantejskiego piekła. Ohydna orgia pijacka i stokroć ohydniejsza orgia rozpusty bez najmniejszego sromu święciła tu swoje triumfy. Na widok przybyłych panów posypały się z różnych stron szydercze przezwiska, przekleństwa i wyuzdane propozycje. Wobec tego nie pozostawało im: jak tylko usunąć się czym prędzej z tego miejsca ohydy i występku. Gdy wyszli z sali i oburzeni zwrócili się do sługi miejskiego: jak może pozwalać na coś podobnego, rzekł im: - Toż by mię zabili, gdybym im przeszkadzał. I miał rację. Dla takich zwyrodniałych wyrzutków powagą i autorytetem nie mógł być pachołek miejski, któremu by łatwo dali radę. Innego tu trzeba było dozoru, innej moralnej powagi. I wtedy to, jakby iskra Boża, zrodziła się w duszy Alberta myśl, aby się poświęcić i oddać na usługi tym nędzarzom, pracować nad ich podźwignięciem z tej występnej kałuży, uczynić ponownie ludźmi noszącymi na duszy obraz i podobieństwo Boże. Bo dotąd… instynkty bydlęce w nich przeważały. Chciałby dostać w ręce taka ogrzewalnię, a pokazałby, jaką być powinna Lecz z tej początkowej myśli, która się już w nim w silne zamieniła postanowienie, nie zwierzył się na razie nikomu. Wprzód chciał wypróbować sam na sobie: czy podoła zadaniu, czy się przełamie i nagnie do tych wyrzutków. Zebrał już nawet kilku, jak to już widzieliśmy przy Basztowej ulicy, przeniósł się potem z nimi na Skałkę i tak rozpoczął swój nowicjat poświęcenia. I dopiero wtedy, gdy złożył śluby wieczystej czystości w ręce księcia-biskupa, uważał za konieczne otworzyć przed nim swoją duszę, objawić mu swe zamiary i na nową drogę życia prosić o sankcję i arcypasterskie błogosławieństwo. Gdy otrzymał jedno i drugie, zakrzątnął się około zjednania sobie paru współbraci-pomocników. Miał już niektórych upatrzonych dojrzałych młodzieńców z Królestwa, tych teraz zwołał na Skałkę i zaczął sposobić do swego dzieła. Znalazł w nich materiał widocznie podatny i dobry, gdyż pewnego dnia przyprowadził ich do mnie coś czterech, prosząc, bym ich przyjął do III Zakonu. Od tego czasu przez przeciąg lat siedmiu, tj. do roku 1895, w którym przeniesiony zostałem z Krakowa i później znów, gdy do Krakowa powróciłem, zawsze wszystkich aspirantów i aspirantki Brata Alberta przyjmowałem do III Zakonu, a i teraz toż samo przyjmuję. I taki był mój cały udział w tworzeniu się tego zgromadzenia. Owi zaś czterej, których mi przyprowadził Brat Albert, byli pierwszymi Jego współbraćmi zakonnymi. Z nich i z nimi utworzył zawiązek nowego zgromadzenia: „Braci Tercjarzy Posługujących Ubogim”. Dał im szary habit, jaki sam nosił i postanowił z uczynić swe pierwsze fundamentalne kadry do swych dalszych wzniosłych zamierzeń. Wkrótce też spełniło się Jego gorące dawne życzenie, otrzymał w zarząd jedną z ogrzewalni miejskich. Przeznaczył ja wyłącznie dla mężczyzn. Był to dom nad Wisłą, przytulony do paulińskich murów ogrodowych. Był z niego, choć dom był stosunkowo niewielki i dość lichy, bardzo zadowolonym, bo znajdował się w dzielnicy, która była środowiskiem największej nędzy fizycznej i moralnej, jaka się chroniła w zaułkach szynków kazimierskich i podgórskich. Zbierał tych nędzarzy, karmił, poczciwym słowem przygarniał, cały się im oddał. Ze swymi współbraćmi jadał tę samą grubą strawę, jaką dawał tym nędzarzom. Gdy razu pewnego będąc w ogrzewalni zwróciłem Mu uwagę, że tak żyjąc wkrótce straci zdrowie zarówno On jak i bracia Jego – odrzekł mi na to: - Nie może być inaczej mój ojcze, skoro by tylko ci biedacy spostrzegli, że my co innego jadamy, wnet by przestali słowom i naukom naszym wierzyć, stracilibyśmy ich zaufanie, wreszcie powiedzieliby, że spekulujemy na ich nędzy, by sobie dogadzać. A tak własnym przykładem ich uczymy, że nawet wśród biedy można chwalić Boga i żyć poczciwie. Na taki argument brakło mi odpowiedzi. 4. Apostolstwo wśród najuboższych Tryb życia w ogrzewalni był ściśle unormowany. Rano po wstaniu była wspólna modlitwa i lekki posiłek. Następnie wychodzili wszyscy na zarobek do miasta, by mieć co zjeść na obiad. Nie wszyscy jednak wychodzili, zostawało zawsze kilku albo słabych, których do szpitala oddać trzeba było, albo starców niedołężnych, którym o zarobek, zwłaszcza w zimie, było bardzo trudno. Tych musiał Brat Albert żywić, a że subwencja miastowa na to nie wystarczała, więc swych znajomych nakłaniał do miłosierdzia. Wieczorem napełniała się ogrzewalnia szybko. Nie wszyscy jednak przychodzili trzeźwi i trzeba było mieć niemało cierpliwości z takimi nałogowcami, by ich przekonać, że przez swe pijaństwo sami sobie największą wyrządzają krzywdę. Zupełnie niepoprawnych wypraszano z ogrzewalni i to była najwyższa kara a zarazem największy wstyd dla takich, choć co prawda, do tego ostatecznego środka uciekał się Brat Albert nader rzadko, wprzód próbował wszelkich innych sposobów, aby ich do poprawy skłonić. Wieczorem znów rozdawano tym nędzarzom posiłek, a po nim rozpoczynała się praca nad umoralnianiem tego tłumu. Codziennie miał do nich naukę albo Brat Albert albo też Brat Andrzej, który miał szczególniejszy dar zaciekawienia ich i skupiania uwagi. Czytano im także krótkie żywoty świętych i uczono katechizmu. Co rok zapraszał Brat Albert któregoś ze znajomych kapłanów z rekolekcjami dla swych obdartusów. Chodziło o to, by ich doprowadzić do spowiedzi. Rozumie się, że nie wszyscy, ale niekiedy połowa, niekiedy nawet większość przystępowała do Sakramentów świętych. To nieustanne, a zawsze pełne życzliwej miłości oddziaływanie na nich moralne robiło swoje. Wielu z nich zaprzestało pijaństwa, kradzieży i innych występków, grube te natury łagodniały, zaczęli pojmować, że aby mieć prawo nazywania się ludźmi, trzeba im być lepszymi. I zwolna poprawiali się. Po roku czy dwóch stwierdzono, że ogrzewalnia Brata Alberta działa na te najbardziej upośledzone warstwy niezwykle kojąco. Kiedy aż dotąd liczba spraw karnych, oddawanych przez policję sądom krakowskim przenosiła cyfrę 5000 i wzrastała z roku na rok, po objęciu przytuliska przez Brata Alberta liczba ta spadła na niecałych 4000 przekroczeń. Był to więc rezultat istotnie pocieszający. Wyłoniła się jednak nowa trudność dla Brata Alberta. Zauważył, że liczba tych, co przez cały dzień pozostawali w przytulisku, rosła szybo. Trzeba ich było żywić, boć przecie zostawali dlatego, że im już obmierzło to życie pełne poniewierki i hańby, to wieczne wysługiwanie się Żydom, częstokroć za kieliszek wódki tylko, woleli już choćby nawet bez posiłku południowego się obejść, niźli być wzgardzonym poturadłem u Żydów. Zjawiał się w tych duszach aż dotąd bardzo marnych jakby jakiś przebłysk poczucia swej ludzkiej istoty. Cieszyło to szczerze Brata Alberta, lecz znowu za darmo żywić ich nie chciał, by nie nawykli do próżniactwa i nie sądzili, że im się to należy. Postanowił zaprowadzić w przytulisku przymus pracowania. W tym celu urządził warsztat stolarski, sprowadził wiklinę i uczył wyplatania; z wolna przyszło do tego, że w przytulisku poczęto wyrabiać zgrabne meble gięte. Każdy z tych biedaków, co przy warsztacie lub wyplataniu pracował, miał swoją książeczkę, do której zapisywano to, co zarobił. Od zarobionej kwoty potrącano część jakąś na pożywienie, a pozostała reszta była własnością pracującego. Po niejakimś czasie, gdy sumka zapracowana urosła, miał taki biedak za co ubrać się przyzwoicie, zaopatrzyć w bieliznę i niezbędne drobnostki. Byli i tacy, którzy pracując dłużej a sumiennie w przytulisku, zdołali sobie uciułać jaki taki kapitalik, z którym po wyjściu z przytuliska rozpoczynali na świecie nowe i poczciwe życie. Ten przymus pracy był więc walnym pedagogicznym środkiem, który oduczał próżniactwa, prace czynił szacowną, dźwigał z materialnej nędzy i w dusze tych biedaków wprowadzał z wolna wiarę w siebie i poczucie własnej godności. Ten nowy dodatni rezultat działalności Brata Alberta sprawił to, że Mu miasto oddało w zarząd przytulisko dla kobiet. Nowy trud spadł na Niego. Brat Albert musiał się zakrzątnąć teraz około stworzenia drugiego zgromadzenia tercjarskiego: „Sióstr III Zakonu Posługujących Ubogim”. Musiał je wyszkolić, pouczyć, drogi wskazać. A Pan Bóg dziwnie Mu pomagał i we wszystkich Jego poczynaniach błogosławił. Zgromadzenie sióstr rozwinęło się szybko i znów wszystkie Jego pierwsze siostry przyjmowałem do III Zakonu i wpisywałem je w księgi tercjarstwa przy kościele OO. Bernardynów w Krakowie. Tak było aż do 1895 r. W tym roku, jak wspomniałem, przeniesiono mię z Krakowa, lecz gdziekolwiek byłem, to ilekroć dowiedziałem się o powstaniu jakiegoś nowego przytuliska Brata Alberta, cieszyłem się z całej duszy. A rosło to dzieło Boże szybko. Z roku na rok przybywali nowi bracia, nowe siostry i mnożyła się liczba przytulisk. Działalność obu zgromadzeń, stawał się coraz rozleglejszą, a społeczeństwo polskie, wdzięczne Bratu Albertowi z ich utworzenie, samorzutnie nazwało Jego braci: Albertynami, a jego siostry Albertynkami. 5. Wypełnił tylko swoje zadanie Mógł teraz patrzeć Brat Albert z dumą na dzieło swego życia, wszakci już kilkanaście tych Jego przytulisk i zakładów było rozsianych na polskiej ziemi, a jednak jakże On dalekim był od wszelkiej dumy. „Spełniłem tylko obowiązek i to może marnie, jakiego się Bóg ode mnie domagał”, odpowiadał skromnie, gdy podnoszono Jego zasługi. Im bardziej rosło Jego dzieło, tym mniejszym stawał się On sam. zżymał się, gdy Go nazywano założycielem nowego zgromadzenia, nie chciał mu nawet zostawić pisanej reguły, lecz tylko ustne dawał wskazówki. Coraz bardziej w sobie skupiony, jakby przeczuwał już bliski kres żywota, oddał się jeszcze goręcej życiu wewnętrznemu i modlitwie. Szczególniejsze zaś nabożeństwo miał do Dzieciątka Jezus i rzecz dziwna: w główną uroczystość tegoż Boskiego dzieciątka, bo w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, tj. 25 grudnia 1916 r., należycie na śmierć przygotowany, przeżywszy pełnych lat 70 poszedł po wieczystą zapłatę do Pana. W tej samej ziemi ojczystej, którą tak bardzo ukochał, złożono na wieczny spoczynek zwłoki tego, który w swym życiu był naprzód rycerskim bojownikiem za jej wolność, następnie wytwornym, pełnym polotu artystą malarzem, później szlachetnym filantropem i przyjacielem ubogich, w końcu opiekunem, ojcem i w całym tego słowa znaczeniu: sługą nędzarzy oraz odnowicielem ich dusz spodlonych. Brat Albert, jak nikt inny za dni naszych niezrównanie naśladował swój idealny pierwowzór: św. Franciszka z Asyżu i zarówno dziełami swego życia jako też wewnętrzną swą wartością zasłużył na to, by Go nazwać najlepszym, a więc pierwszym tercjarzem Polski. O. Czesław Bogdalski, O.F.M. Druk: „Miesięcznik Franciszkański” R. 84: 1991 nr 5 s. 13-17; nr 6 s.19-23. |
|
Eryk Hoppe OFM — „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię” |