„Będzie klasztor miał z niego posługę rzetelną i pewną”, czyli o świętości manifestowanej w uczynkach

Dopiero co minęły uroczyste obrzędy procesji Bożego Ciała. Po raz pierwszy od dłuższego czasu brałem w nich udział w pełni, od początkowej mszy świętej (tym razem we włocławskiej katedrze) aż po ostatnie podziękowania dla uczestników po jej zakończeniu przy kościele św. Jana. Kilka dni wcześniej, w ramach ogłoszeń parafialnych czytałem wezwanie do aktywnego udziału w tych obrzędach, aby zamanifestować publicznie swoją wiarę. Czy jednak owa manifestacja jest nadrzędnym celem owego dnia? Czy treść teologiczna tego święta nie powinna być podparta głębszym motywem? Próbą odpowiedzi na te pytania będzie ukazanie sylwetek błogosławionych męczenników franciszkańskich (których liturgiczne wspomnienie przypada 12 czerwca, tj. w tym roku dwa dni po uroczystości Bożego Ciała) posługujących ludowi Włocławka w klasztorze, w którym obecnie dane jest mi pracować.

Narcyz Turchan, przełożony włocławskiego klasztoru oraz Krystyn Gondek, jego wikariusz w latach 1937-1940, a także bracia zakonni Marcin Oprządek (z którego biografii pochodzą słowa tytułu niniejszego szkicu) i Brunon Zembol oraz o. Anastazy Pankiewicz, który z włocławskim klasztorem związany był w latach 1908-1911 zamanifestowali swoją wiarę w zupełnie inny sposób, niż obecnie to czynimy. Każdy z nich wykonywał swoje zadania konsekwentnie ale bez rozgłosu, będąc wzorem pobożności, a gdy przyszedł czas próby nie zawahali się złożyć swego życia w ofierze.

Anastazy Jakub Pankiewicz we włocławskim klasztorze przebywał trzy lata: od 1908 do 1911 roku, tj. do czasu podziału prowincji. Jego zadaniem była troska o początkową formację kandydatów do zakonu. Obok tej funkcji opiekował się włocławskimi tercjarzami, z pomocą których w późniejszym okresie swojego życia powołał do istnienia nowe zgromadzenie zakonne: Sióstr Antonianek od Chrystusa Króla. Jednak największą „manifestacją wiary” bł. Anastazego była działalność na polu edukacji dzieci i młodzieży. Uczynił to w roku 1932 tworząc w łódzkiej dzielnicy Doły tzw. Kolegium Serafickie. Do wybuchu II wojny światowej w szkole uczyło się ponad 200 młodych ludzi, nie tylko katolickiego wyznania. Niestety działania wojenne oraz okupacja zahamowały imponujący rozwój tej fundacji. W 1940 roku o. Anastazy został wypędzony z klasztoru i zamieszkał na pobliskim cmentarzu, w domu grabarza. Wielokrotnie nękany rewizjami oraz innymi szykanami został wreszcie aresztowany i wywieziony 6 października 1941 r. przez obóz przejściowy w Konstantynowie Łódzkim do Dachau (od 30 października), gdzie otrzymał numer 28176. W tym miejscu, jak wspominają świadkowie, pomimo ogromu okrucieństwa „wszystkich pocieszał, był zawsze uśmiechnięty”. 18 maja 1942 r. został zaliczony do grona „inwalidów” i dwa dni później wywieziony do Hartheim k. Linzu. Siostra śmierć przyszła prawdopodobnie do bł. Anastazego w trakcie drogi do wspomnianego miejsca, gdyż podczas wsiadania do auta obcięto mu obydwie dłonie zamkniętymi z impetem drzwiami. Sława męczeńskiej śmierci została uwieczniona przez współbraci oraz Siostry Antonianki, zaś dzieło jego życia (obecnie liceum ogólnokształcące o charakterze koedukacyjnym) znalazło godnych kontynuatorów dopiero po przemianach jakie nastąpiły w naszym kraju w 1989 roku.

Martyrologium włocławskich synów św. Franciszka nie miało jednolitego charakteru. Pierwsza fala represji (podczas której uwięziono m. in. bpa Michała Kozala oraz liczne grono profesorów i alumnów miejscowego seminarium) ominęła klasztor i mieszkających w nim zakonników. Dopiero z końcem wakacji, 25 sierpnia 1940 roku, doszło do kolejnych aresztowań; do obozu przejściowego w Sachsenhausen, a następnie do KL Dachau (od 14 grudnia) wywieziono 5 osób, w tym o. Krystyna i br. Marcina. Obydwaj zakonnicy nie cieszyli się dobrym zdrowiem, więc mordercza praca w bardzo krótkim czasie wyczerpała ich siły. Już jesienią 1941 roku br. Marcin zgłosił się jako inwalida na wyjazd do innego obozu. Uczynił to w naiwności, gdyż nie wiedział, że tzw. transporty inwalidów mają na celu wyeliminowanie spośród ogromnej masy więźniów tych, którzy nie mogąc pracować nie zarabiają na swoje utrzymanie, a ponadto nie przynoszą zysku Rzeszy. Choć oficjalne zawiadomienie przysłane z KL Dachau podaje datę śmierci w dniu 22 czerwca 1942 r., wiemy iż zgon nastąpił 18 maja podczas drogi w samochodzie przerobionym na komorę gazową, którym przewożono więźniów do zamku Hartheim k. Linzu. Niecałe dwa miesiące później (23 lipca) dobiegła kresu ziemska wędrówka o. Krystyna. Mimo podejmowanych starań o zwolnienie z obozu nie zdołał doczekać pozytywnego zakończenia sprawy. Tuż przed śmiercią, udając się do obozowego rewiru oddał jednemu ze współwięźniów swoją czapkę. Być może ten pozornie nieistotny gest przyczynił się do ocalenia życia świadkowi, który o męczenniku wydał świadectwo: „Chociaż był człowiekiem młodym, liczył wtedy około 30 lat, to bardzo sobie cenił i dbał o swoją godność kapłańską. (…) Był człowiekiem modlącym się, uważającym na każde słowo i zachowanie.”

Tymczasem pozostały na miejscu przełożony, o. Narcyz, podjął się niezwykle trudnego dzieła opieki duszpasterskiej nad wiernymi miasta Włocławka. Wspomagany był w tym przez zwolnionych z obozu w Lądzie nad Wartą kapłanów diecezjalnych: J. Jędrychowskiego i M. Skowronka oraz br. Jana Płacheckiego z domu Braci św. Józefa na Glinkach (gdzie znalazł schronienie po jednym z kolejnych aresztowań). Zarówno w tym trudnym okresie jak i w latach wcześniejszych franciszkańscy kapłani zyskali u wiernych ogromną sympatię, głównie dzięki cierpliwej posłudze w konfesjonale. Biorąc pod uwagę fakt, iż kościół klasztorny był jedynym czynnym w mieście jest to czyn heroiczny i godny najwyższego uznania. Okupanci widząc jak wielki jest wpływ Kościoła na ludzi postanowili definitywnie zakończyć jego działalność. „Na podstawie zarządzenia z dnia 13 września 1941 r., którego mocą Kościół katolicki został pozbawiony osobowości prawnej, a zakony zostały zniesione jako sprzeczne z niemieckim pojęciem obyczajowości i polityką narodowego socjalizmu” o. Narcyz został uwięziony i zesłany jak wcześniej aresztowani współbracia do Dachau. Przybył tam 30 października otrzymując numer 28411. Jego krótki, bo zaledwie 140-dniowy, pobyt w obozie był naznaczony szczególnym traktowaniem przez oprawców (umieszczony został w bloku 28, którego blokowy i izbowi słynęli z wyjątkowego okrucieństwa). „Nie znamy wszystkich cierpień o. Narcyza Turchana, ale o niektórych z nich opowiedzieli świadkowie. (…) Będąc tęgim i w dodatku chorym na cukrzycę, nie mógł pracować. Z tego powodu doznawał różnych szykan i boleści ze strony strażników. Jako cukrzyk miał ogromne pragnienie. Na prośbę o wodę wkładali mu szlauf do ust i wlewali w niego wodę. Między innymi to go wykończyło «do pieca»”. Zmarł w dniu uroczystości św. Józefa, przeżywszy 63 lata, w tym 36 jako kapłan. Nim odszedł po wieczną nagrodę do Tego, któremu całkowicie się poświęcił, dawał niejednokrotnie wyraz swojego przywiązania do wartości posługi kapłańskiej. Dowodem na to jest zachowana kartka, adresowana do rodziny, w której wyraża żal, że lud wierny pozbawiony został swoich duszpasterzy.

Dla dopełnienia obrazu należy wspomnieć o br. Brunonie Zembolu, który podobnie jak o. Anastazy, był na pewnym etapie związanym z klasztorem we Włocławku, a w chwili zatrzymania przebywał w Chełmie Lubelskim. Przez cały okres życia zakonnego wykonywał na rzecz wspólnoty podstawowe prace. We wspomnieniach „współbraci i przełożonych cieszył się powszechną opinią człowieka i zakonnika pracowitego i pobożnego. Nawykły do pracy fizycznej od lat dziecinnych, w zakonie wyuczył się nowych zawodów, przede wszystkim kucharza, a także zakrystiana; nieźle grał na organach, miał bowiem doskonały słuch i piękny głos. Jego przełożony z Sądowej Wiszni po latach powiedział o nim: (…) Był to bardzo zacny brat - sumienny, pracowity, czysty”. Droga męczeństwa rozpoczęła się dla br. Brunona aresztowaniem w dniu 19 listopada 1939 r. i osadzeniem go wraz z innymi duchownymi na Zamku w Lublinie. Z tego miejsca kaźni został przewieziony 20 czerwca 1940 r. do Sachsenhausen i dalej do Dachau, gdzie przybył w tym samym dniu co zakonnicy włocławscy - o. Krystyn i br. Marcin. Prawie 20 miesięcy ciężkiej pracy, powszechnie panujący w tym okresie funkcjonowania obozu głód oraz rozmaite szykany ze strony dozorujących strażników (np. wrzucenie z końcem marca 1942 r. do basenu z zimną wodą za naruszenie w mało istotnym szczególe regulaminu obozowego) sprawiły całkowitą utratę sił. 21 sierpnia 1942 roku po zasłabnięciu w czasie pracy na plantacjach został przyniesiony przez współtowarzyszy do osławionego już bloku 28; zmarł tego dnia w godzinach wieczornych. Podobnie i o nim, ci którzy przeżyli, wypowiadają się z ogromnym uznaniem: „Był człowiekiem cichym, spokojnym, skupionym, w postępowaniu zrównoważonym i na każdym kroku odnoszącym się z szacunkiem do towarzyszy cierpienia, którymi w większości byli kapłani. Te cnoty sprawiły, że cieszył się sympatią u wszystkich, nawet u izbowych, u których nie zabiegał o łaski i nie płaszczył się przed nimi. Jego wewnętrzną siłą była modlitwa, którą praktykował do końca, a także sakrament pokuty i w miarę możności komunia święta. W ten sposób mógł pozostać wierny swojej dewizie życiowej: „Wielkie rzeczy przyrzekliśmy, większe nam przyrzeczono”.

Cóż mogą nam wskazać błogosławieni męczennicy z czasów II wojny światowej, spośród których wskazaliśmy tylko 5 postaci? Odpowiedzi na to pytanie udzielił Jan Paweł II w homilii podczas mszy świętej beatyfikacyjnej: „Ci błogosławieni męczennicy i męczennice wpisują się w dzieje świętości Ludu Bożego pielgrzymującego od ponad tysiąca lat po polskiej ziemi. Jeśli dzisiaj radujemy się z beatyfikacji stu ośmiu męczenników duchownych i świeckich, to przede wszystkim dlatego, że są oni świadectwem zwycięstwa Chrystusa - darem przywracającym nadzieję. Gdy bowiem dokonujemy tego uroczystego aktu, niejako ożywa w nas wiara, że bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!”

Doprawdy! Nijak doszukać się w tej wypowiedzi zachęty do „manifestacji”. Można natomiast dostrzec wątek zachęcający do ożywienia zaufania Opatrzności w obliczu rozmaitych przeciwieństw, z jakimi spotykamy się każdego dnia. Podobnie jak męczennicy, którzy choć złożyli swe życie w ofierze miłości, to jednak wcześniej ukazali wierność Bogu i powierzonym od Niego obowiązkom w codziennym postępowaniu, a także we wszelkiej próbie, na którą byli wystawieni przez rozmaitych oprawców. Z pewnością ma rację Seraficki Patriarcha, który w jednym ze swoich napomnień mówi: „Bracia, spoglądajmy na dobrego Pasterza, który dla zbawienia swych owiec wycierpiał mękę krzyżową. Owce Pana poszły za Nim w ucisku i prześladowaniu, w upokorzeniu i głodzie, w chorobie i doświadczeniu, i we wszystkich innych trudnościach; i w zamian za to otrzymały od Pana życie wieczne. Stąd wielki wstyd dla nas, sług Bożych, że święci dokonywali wielkich dzieł, a my chcemy otrzymać chwałę i cześć, opowiadając o nich.”

Eryk Hoppe OFM — „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię”